D Z I E J E   W O J E N N E   R O D Z I N Y   K U L C Z Y C K I C H



          W chwili wybuchu drugiej wojny światowej miałem zaledwie sześć lat, mimo tego do dziś pamiętam niektóre zdarzenia z tamtych chwil. Pamiętam: rodziców i starsze rodzeństwo wsłuchujące się w orędzie Prezydenta Rzeczpospolitej ogłaszające napaść Niemiec na Polskę, wyjazd ojca do Warszawy aby zabezpieczać kierowany przez siebie Bank na wypadek oblężenia i zdobycia Warszawy przez Niemców, wkroczenie wojsk niemieckich do Zielonki, powrót ojca z Warszawy po jej zdobyciu przez Niemców, rozstrzelanie mojego najstarszego brata Józefa w egzekucji harcerzy w dniu 11 listopada 1939 roku w lesie rembertowskim. Z biegiem lat pamięć moja była coraz trwalsza lepiej zapamiętywałem i przeżywałem zdarzenia których byłem świadkiem.
           I oto pod koniec lipca 1944 roku Zielonka znalazła się w strefie przyfrontowej. Ze wschodu nadciągały wojska rosyjskie, które rankiem w niedzielę 30 lipca podeszły pod Zielonkę, zajmując pozycje na linii łączącej Maciołki z Turowem. Wydawało się, że wojska niemieckie w popłochu opuszczają linie frontu. Nastąpiła prawdopodobnie próba rozbrajania Niemców. W odwet za to Niemcy aresztowali pewną ilość mieszkańców Zielonki i Marek rozstrzeliwując ich w miejscu zwanym Kruczkiem, leżącym na pograniczu tych miejscowości. Około południa wojska niemieckie zaczęły organizować w Zielonce linię obrony, miedzy innymi zajęły część naszego domu przy ul. Jagiellońskiej na kwaterę. W ogrodzie ustawiono miotacze min, z których ostrzeliwano pozycje rosyjskie. Walki trwały całą niedzielę i poniedziałek. Wzmocnienie sił niemieckich dywizją wojsk SS, zmusiło wojska rosyjskie do wycofania się z okolic Zielonki. W czasie walk 30 i 31 lipca Niemcy grzebią w naszym ogrodzie dwóch zabitych żołnierzy (dopiero w latach 50-tych Czerwony Krzyż przeniósł ich ciała na niemiecki cmentarz wojenny). Od rana w niedzielę została przerwana komunikacja zarówno kolejowa, jak i kolejki wązkotorowejprzejeżdżającej przez Marki do Warszawy. W dwa dni później l sierpnia wybucha powstanie. Zielonka została całkowicie odcięta od stolicy.
           Sierpień i pierwsze dni września to czas ciągłego niepokoju mieszkańców. Niemcy wyłapują mężczyzn i kobiety wywożąc ich w nieznanym kierunku, wysadzają tory kolejowe, ciągle słychać odgłosy artyleryjskie ze wschodu i bombardowania Warszawy, w nocy ze strychów i dachów widać łuny płonącej stolicy. Dom nasz jest ciągle miejscem kwater wojsk niemieckich a później sprzymierzonych z Niemcami wojsk węgierskich. W trzeciej dekadzie sierpnia Niemcy aresztowali mojego starszego dwudziestojednoletniego brata Leszka wywożąc go w nieznanym kierunku.
           5 września w godzinach porannych żołnierze niemieccy z bronią w ręku zaczęli wypędzać mieszkańców Zielonki z domów, każąc im zabrać ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy i żywność na drogę. Nie było plecaków, to co miało być zabrane pakowaliśmy w wielkie chusty robiąc tobołki na plecy. Oprócz odzieży, kosmetyków i różnych drobiazgów zabraliśmy ze sobą intronizowany obraz Serca Pana Jezusa (odlew mosiężny). Mimo konieczności dźwigania dużego ciężaru byliśmy dumni, że w naszym wygnaniu towarzyszy Pan Jezus. Na łańcuchach prowadziliśmy wiernego psa Muchę i jedną kozę gwaranta zaopatrzenia w mleko. W domu pozostała nasza lokatorka niedołężna staruszka, pani Zglińska, a w sąsiednim domu panie Trębińska, Bądzyńska, Rylska i ksiądz Bolesław Jagiełłowicz. Opiekę nad nimi sprawowała ubrana w opaskę z czerwonym krzyżem pielęgniarka, siostrzenica pani Zglińskiej, panna Jadwiga Stalgińska.
           Mieszkańcy Zielonki spędzeni do ulicy Kolejowej byli kierowani w stronę obecnej ulicy Wyszyńskiego, a dalej przez Ząbki na Pragę do kościoła św. Floriana. Przemarsz z Zielonki na Pragę trwał prawie cały dzień. Niektórzy wygnańcy małe dzieci oraz swój dobytek wieźli na wózkach lub rowerach. Marsz opóźniały osoby starsze i kalekie a także transporty wojska poruszające się w przeciwnym kierunku. Dla wygnańców Niemcy zaplanowali nocleg w kościele św. Floriana i cmentarzu okalającym kościół. Nasza rodzina wraz z żywym inwentarzem noc spędziła pod gołym niebem na cmentarzu kościelnym. Na drugi dzień po spożyciu posiłku Niemcy popędzili nas w dalszą drogę, przez most Kierbedzia, plac Zamkowy, ulice Senatorską, Elektoralną, Leszno, Wolską, Bema do dworca Zachodniego. Do dziś nie mogę zapomnieć przemarszu przez zniszczone ulice, między zbombardowanymi i wypalonymi domami, wśród ciągłych odgłosów walk dochodzących ze Śródmieścia i Żoliborza. Na dworcu Zachodnim odebrano nam psa i kozę a nas zapędzono do pociągu elektrycznego, którym dojechaliśmy do Pruszkowa do obozu przejściowego. Na wstępie odbyła się segregacja. Ojciec i starszy szesnastoletni brat Wierzyn zostali od nas odłączeni, zaś moja Matka, starsza siostra Benigna i ja zostaliśmy skierowani do części obozu przeznaczonej dla ludzi starszych, chorych, kalek i dzieci. Widok ludzi przebywających w obozie, w olbrzymiej większości wygnańców z walczącej Warszawy, ludzi wynędzniałych, poranionych, przerażonych, był niesamowity. Wiernie został on później pokazany w scenach filmu "Zakazane piosenki". Dzięki opiekunkom Rady Głównej Opiekuńczej, otrzymaliśmy jakąś gorącą strawę.
           Następnego dnia po południu załadowano nas do wagonów bydlęcych i wyruszyliśmy w podróż w nieznane, jazda trwała cały wieczór i prawie całą noc. Jechaliśmy do przodu, postój, do tyłu, znowu postój, i znowu do przodu i znowu do tyłu, aż nad ranem 8 września dotarliśmy do stacji Niepokalanów (obecnie Teresin -Szymanów). Z wagonów kolejowych zostaliśmy skierowani na ogrodzony drutem kolczastym placyk, aby tam oczekiwać na transport do pobliskich wsi. Po kilku godzinach oczekiwania samochodem ciężarowym przewieziono nas do pobliskiego Szymanowa, gdzie w stodole jakiegoś gospodarstwa spędziliśmy pierwszą noc.
           Kilka kilometrów od Szymanowa nasza powinowata, pani Maria z Woronieckich Kumanowska miała majątek Bielice. Do niej to nazajutrz udała się moja Mama z prośbą o mieszkanie. Jednak wszystkie pomieszczenia w majątku były zajęte przez wygnańców z Warszawy. Pani Kumanowska napisała list do Sióstr Niepokalanek i tego samego dnia zostaliśmy przyjęci na mieszkanie w klasztorze w sypialni uczennic, w olbrzymiej sali ze stelażem wygradzającym pomieszczenia dla poszczególnych pensjonarjuszek. W takim malutkim pomieszczeniu przeznaczonym dla jednej uczennicy zamieszkaliśmy we troje - Mama, siostra i ja.
           Po kilku dniach siostra zachorowała na szkarlatynę. Wozem konnym wysłanym słomą trafiliśmy do szpitala zakaźnego w Gawłowie za Sochaczewem. Siostra na leczenie, ja z Mamą na kwarantannę. Po trzech tygodniach wróciliśmy z powrotem do Szymanowa, siostra do Niepokalanek, zaś Mama ze mną do nieogrzewanej komórki przy plebanii. Posiłki spożywaliśmy razem z proboszczem i wszystkimi mieszkańcami plebani, w olbrzymiej większości wygnańcami z Warszawy. Pamiętam, że wśród nich był ksiądz infułat i dwaj księża Jezuici - bracia Rostworowscy. Między posiłkami przymusowo, dla rozgrzewki, przemierzaliśmy kilometry wiejskich dróg. Pod koniec listopada zamieszkaliśmy w Maurycewie wiosce leżącej nieopodal Szymanowa. Lokal, pokój średniej wielkości, zamieszkiwała rodzina z Warszawy - starsze małżeństwo z dwiema wnuczkami oraz nas troje. Co parę tygodni przyjeżdżała z Bielić furmanka z drzewem i artykułami spożywczymi. Było ciepło i dostatnio. Dzięki staraniom pani Kumanowskiej dowiedzieliśmy się, że Ojciec z bratem Wie-rzynem przebywają w obozie koncentracyjnym w Dachau. Na początku grudnia przyszła karta pocztowa od brata Leszka. Dowiedzieliśmy się, że przebywa na robotach w Hanowerze, jest pomocnikiem maszynisty na kolei i że przyjedzie do nas na Boże Narodzenie. Niestety obietnica ta się nie spełniła.
           W dwa dni po wkroczeniu do Maurycewa wojsk rosyjskich w sobotę 20 stycznia 1945 roku spakowaliśmy w tobołki swój dobytek i mimo silnego mrozu wyruszyliśmy w drogę powrotną do Zielonki. Piechotą, pierwszego dnia dotarliśmy do Błonia, drugiego przez gruzy i zgliszcza Warszawy do brzegu Wisły. Mosty na rzece były wysadzone nie pozostało nam nic innego jak przejść Wisłę po lodzie. Noc spędziliśmy w mieszkaniu u nieznajomych państwa na Pradze. Następnego dnia, 22 stycznia dotarliśmy wreszcie do Zielonki.
           Jakie było nasze zdziwienie gdy pierwszą istotą witającą nas była Mucha, pies zabrany nam przez Niemców na dworcu Zachodnim w Warszawie. W czasie naszej nieobecności dom nasz został kilkakrotnie splądrowany, piwnice dokładnie przekopane a mienie w większości rozszabrowane. Przez jakiś czas w naszym domu mieściło się wojskowe ambulatorium weterynaryjne. W największym pokoju przebywały leczone konie, zaś na przedniej elewacji domu ponad drzwiami balkonowymi na pierwszym piętrze widniał przestrzenny napis WET+AMB. To co zastaliśmy z naszych mebli i wyposażenia zawdzięczamy tym co pozostali w Zielonce tj. księdzu Jagiełłowiczowi i paniom Stalgińskiej i Zglińskiej.
W niedługim czasie po naszym powrocie do Zielonki rozpoczęło się nocne nachodzenie nas przez NKWD w poszukiwaniu mojego Ojca. Paradoksem historii jest fakt, że mój ojciec uratowany został od zesłania na Sybir lub czegoś jeszcze gorszego pobytem w obozie śmierci Dachau.
           Na zakup opału i wyżywienia pieniądze pochodziły ze sprzedaży rodzinnej biżuterii.
           4 maja 1945 roku powrócił do domu mój brat Leszek. Okazało się, że po aresztowaniu w sierpniu 1944 roku został wywieziony do Zakroczymia a stamtąd do Hanoweru gdzie pracował na kolei. Za próbę ucieczki został wysłany na trzy miesiące do obozu karnego w Gross Beren. Przeżył ten obóz i po upływie kary skierowany został do prac związanych z odgruzowywaniem Berlina. Znając bardzo dobrze język niemiecki szczęśliwie doczekał wkroczenia wojsk rosyjskich do Berlina. Od razu powrócił do Zielonki.
           Natomiast mój ojciec i starszy brat Wierzyn, którzy z obozu przejściowego w Pruszkowie zostali wysłani do obozu koncentracyjnego w Dachau przeżyli dzięki opiece Boskiej i pomocy życzliwych ludzi. W pierwszą niedziele sierpnia 1945 roku, w kościele, w czasie „Sumy", do której służyłem ksiądz Jagiełłowicz otrzymał kartkę od kościelnego i zaczynając kazanie ze wzruszeniem powiedział wiernym „pan Kulczycki z synem Wierzynem i Eugeniuszem Bądzyńskim powrócili z obozu w Dachau do domu". Moment ten można uznać za koniec naszej "przygody" wojennej.
                                                                                                                           Michał Kulczycki



Powrót na Stronę głóną